Serce mnie boli, Serce mi pęka
Jątrzą się rany, sumienie nęka
Brak odwagi by zerwać kurtynę
Przerwać przedstawienia rutynęNie potrafię żyć w zakłamaniu
Nic dobrego w uczuć ukrywaniu
Ciężar szybciej rośnie niż siła
Mydlana bańka mnie przydusiłaCzas by pękła, zanim mnie zabije
Czas uwolnić to co w sobie kryje
Przestać walczyć z pragnieniami
Trzeba ponownie żyć z uczuciamiPrzepraszam za moje zachowanie
Prawdy między wersami chowanie
Jednak wciąż szukam w życiu drogi
Stale tłumiąc mego serca pożogiWszystkich poparzonych przepraszam…
Widziałem byłe Słońce, na horyzoncie obcym
Czarne i zimne, mknęło w mroku oślepiającym
Nie czułem już tęsknoty, ciepła nie chciałem
Pojawiła się nawet radość lekka; Ocalałem
Cieszyłem się, księżyc i gwiazdy moim światem
Czarnego Słońca promienie na chuj mi zatemZachód zimnego Słońca świtem się jawi
Mrok szybciej zniknął, niż się pojawił
6 minut natchnienia
W zasadzie to czuję już tylko chłód.
Monotonnych samotnie spędzonych dób.
Słyszę tylko ciszę gwieździstych nocy
Kiedy to szukałem na niebie pomocy
Widzę twarze bez wyrazu i znaczenia
W drodze do wiecznego zapomnieniaPytam więc..
Czy już udało się, serca już nie ma?
Czy nic mnie już w ciele nie uwiera?Ja sam nie wiem, nie rozmyślam
To nie Kochanka ale sypiam z Nią
Co noc własną dławiąc się krwią
Widzę Ją, jak złe ręce obejmują
Siły bolesnego uścisku nie ujmująDo ucha szepczą fałszywe słowa
by przede mną, za Nią się schować
Staniesz przy Niej czy Ją oddasz?
Uściskowi jak i Ona się poddasz?Oddałem ją dwa razy, z nadzieją
jak księżniczkę, suknią odzieją
Sprawią, że znów rozpromienieje
z przeszłych uścisków wyzdrowiejeDwa razy wbiłem sobie w serce nóż
Błagając, by to był ostatni raz już
Pomagałem, w dobrą stronę kierowałem
Ból swój za uśmiechem wciąż chowałemTeraz, kolejny raz przy Niej stoję
Gdzieś z boku, ostrza noża się boję
Kolejny raz gotów przekłuć serce
Zaprzeć się, w pięści zacisnąć ręceNie pytaj mnie, co ciągle widzę w Niej
Nie pytaj mnie dlaczego w innej nie
Ciekawe czy domyśla się, że o Niej śnię
Bardziej od własnego, jej szczęścia chcę…
Odcinek Radków-Karłów, bardziej stroma strona, ale za to piękniejsze widoki więc nie ma się co śpieszyć. Naprawdę polecam.
Własnego szczęścia się wyrzeka
Od ludzi których Kocha ucieka
Od ich pomocnych dłoni stroni
Do nieobecności przyzwyczaja
Łzy przykrości jednak nie uroni
Samotności ciszą się upaja
W prawdziwą miłość wiarę traci
Płomień serca, iskierkę, gasi
W Boga, w siebie już nie wierzy
W nieznanym kierunku ślepo bierzy
Tajemnice w ciemnym wnętrzu dusi
Sam na sobie zdrady nie wymusi
Nie widzi sensu, nie czuje siły
By walczyć, by łańcuchy puściły
Czasem, na sekundę się zrywa
Jednak z rezygnacją przegrywa
Szarego życia prozy się boi
Swego lęku nie potrafi ukoić
Nie wie co ma robić, zagubiony
Światła brak, z każdej strony
Noc Wigilijna, czasem pojednania ludzi
Nawet Ona ognia nienawiści nie ostudzi
Strachu w Twoim sercu nie przezwycięży
Chociaż najpotężniejszym jest z orężyŚmierć chętnie wyciąga pomocne ramiona
Kusi wieczną ulgą, wymaże zła znamiona
Naostrzyła kosę, gotowa zacząć żniwo
Czeka na znak, ostanie łańcucha ogniwoDumny obok stoi Bóg, bezlitośnie milczy
Patrzy jak rośnie zemsty apetyt wilczy
Nie powstrzyma, nierównej ze złem wojny
Wciąż słychać huk uderzanej stali znojnyOdgłos walki przeraża jedynego rozjemcę
Słabej wiary, bezradnie rozkłada ręce
Woli pędzić naprzód we własnym świecie
Myśli sobie, to już przeszłość przecieżTak się składa, że wszystko dalej żyje
Do rozejmu… z dłoni krwi nie zmyjesz
Dobry Bóg sprawuje nad tą walką pieczę
Zrozumiałem, wszak Jego walczę mieczem
Będę brał Cię w aucie, gdy jest już ciemno
Już dawno powinno mi to być wszystko jedno
Jeszcze Serce pęka, jak za pierwszym razem
Gdy je potraktuje Twojego oblicza obrazem
Mówiłaś pewnego razu, ze Cię znienawidzę
Zaprzeczyłem… miałaś rację, teraz widzę
Za tkwienie ponad rozumem w podświadomości
Zniknąć nie możesz, nie masz we śnie litości
Wciąż jeszcze budzę się zlany zimnym potem
Z płytkim oddechem z serca szybkim chybotemPrzyjdzie kiedyś tak okrutnie szary dzień
Będziesz musiała schować się w jego w cień
Rozszarpie ktoś Twoje serce pazurami zdrady
Nie unikniesz za moje krzywdy srogiej kary
Potem sama rozrywać będziesz w szale serca
Innych uczucia niebiańskie będziesz uśmiercać
Zgorzknienie rozleje się po całym ciele
Zapomnisz smak miłości, stracisz wiele
Szukając swego miejsca w obcych objęciach
O słuszności nie będziesz miała pojęciaStale strzała w sercu, a pod nogami kłoda
Nóż w plecach, taka za moją miłość nagroda
Złudna nadzieja… Życie dba o czysty rachunek
Cele, dążenia, na oślep wybrany nowy kierunek
Idę przed siebie, pewne stawiam kroki w mroku
Przeszłości echa rozbijają sie na moim boku
Zabijam bezlitośnie ćmy, ślepe nocne motyle
Rozbijam je na zaciśniętych pięściach zażyle
Jadem przesiąknięte wspomnienia krew trują
Jak choroba cały organizm bezlitośnie atakują
Sprawiają że wciąż, gwałt przez dłonie czuję
Że codziennie w tysiącach miejsc Cię widuję
Niewolnikiem, łańcuchami Twego imienia skuty
Jestem do demonów historii klatki przykuty
Wiele bezcennych, pięknych chwil uniesienia
Nie jest teraz wartych bólu ich wspomnieniaNie zamierzam zacierać przeszłości śladów
Wszak Ona najlepszym źródłem przykładów
Przeglądając minionych dni kart kolekcję
Pobierając kolejną życia bezcenną lekcję
Spostrzegłem jednakową iskrę w Twoim oku
Kiedy tulisz się do innego mężczyzny boku
Na fotografiach blask uśmiechu uwieczniony
Wzrok, Rys twarzy, perfekcyjnie powtórzony
Na żadnym z ponad tysiąca naszych kadrów
Nie znalazłem podobnych do tego blasków
Przez rok czasu nie zdarzyło Ci się lśnić
A może udało się to przed obiektywem skryć?Nie wiem, wiedzieć nie chcę, już za późno
Zastanawiałem się, wszystko to na próżno
Bez znaczenia dla mnie jest tej nauki morał
Zarzucam, nigdy nie wrócę, choćbym skonał
Miałem nie wypierać się mojej przeszłości
Gubię się w sobie, myślom brak spójności
Dawne dni same po sobie ślady zacierają
Pod osłoną życia, po kryjomu się wymykają
Ciężar dobrych wspomnień traci swoją wagę
Obojętność nad uczuciami zyskuje przewagę
Dam Ci więc radę, zapomnij ze istniałem
Zapomnij! ze kiedykolwiek Cie kochałem…Scentrowane Serce nigdy dobrze nie działało
Zawsze fatalnych w skutkach wyborów dokonywało
Chociaż chwila zawahania była ostrzeżeniem
Przed gorących uczyć piekielnym płomieniem
Musiałem zabić miłość, przyjaźń też zabiłem
Nie wiem, nie pamiętam dlaczego tak zrobiłem
Pozbawiłem się najbliższej memu sercu osoby
Nic w żalu, tęsknocie nie przynosi mi osłody
Mimo słonego bólu, cierpień jakich mi zadałaś
Pamiętam jeszcze jak mówiłaś, że nie chciałaś
Mimo całej goryczy przez Ciebie wyświadczonej
Chciałbym nie czuć, miłości złością skażonejNiezaprzeczalnie byłaś sensem mojego życia
W przekroju minionego czasu, nie do ukrycia
Czy to radości, czy wściekłości, każda chwila
Do zmian na lepsze nieświadomie mnie zmusiła
Zmieniłem w sobie wszystko co mi zarzucałaś
Najmniejsze części o które mnie oskarżałaś
Dla i przez Ciebie miałem wielką życia siłę
Nic nie zostało, całą na przemianę poświęciłem
Powinienem się radować z efektów metamorfozy
Zamiast tego, tworzę ponurych lat prognozy
Towarzyszy mi uczucie niedokończonej sprawy
Nie znam na ten stan żadnej skutecznej rady
Czuje sie zhańbiony, przez zły los oszukany
Szarym światem, razem z marzeniami zdeptany
Między młotem a kowadłem znów wylądowałem
Stoję silniejszy tam gdzie kiedyś już stałemSam już nie wiem co czuję, kim jestem co robię
Wszystko co było we mnie pewne umarło w Tobie…